Czwartek był pierwszym dniem inwestorskim firmy Hyatt od trzech lat. Główne przesłanie? Przestań monitorować liczbę numerów.
Zamiast tego zwróć uwagę na to, kto tam przebywa.
Dyrektor generalny Mark Hoplamazian nazwał tę strategię „skalowalnym różnicowaniem”. Zwykle te koncepcje wydają się nie do pogodzenia, ale on udowadnia, że jest odwrotnie. Z każdą godziną jego stanowisko stawało się coraz wyraźniejsze: wzrost liczby numerów to puste kalorie, a wzrost prowizji to prawdziwe pieniądze.
Wzrost bazy numeracyjnej netto nie generuje przepływów pieniężnych. Tworzone są komisje.
Odfiltrowaliśmy szum informacyjny z czterogodzinnej sesji. Oto najważniejsze wnioski.
Argument na korzyść segmentu premium
Stare metody oceny sieci hotelowych nie mają sensu.
Hyatt nie dąży do głośności dla samej głośności. Firma dąży do wartości.
Goście wydają 25% więcej na każdą podróż
Płacą 26% więcej za zakwaterowanie
To nie jest tylko niewielka korekta marży. To zupełnie nowy model biznesowy.
Podczas gdy cała branża poluje na liczbę gości, Hyatt poluje na „odżywienie” firmy. Lub, jak to ujął Hoplamazian, Hyatt chce pieniędzy.
Czy zbudowanie nowej wieży z 500 pokojami pomoże, jeśli marża na nich będzie minimalna? Najprawdopodobniej nie.
Gdzie iść dalej? Firma będzie w dalszym ciągu koncentrować się na jakości premium. To, czy konkurenci pójdą za tym, to już inna kwestia. Być może są zbyt zajęci liczeniem pustych kalorii.


























