Cena wywoławcza wynosi dwadzieścia pięć dolarów.
Frontier twierdzi, że opłata za interfejs operatora online jest dobrowolna. Technicznie to prawda. Jeśli jednak naprawdę chcesz zarezerwować lot bez tej opłaty, będziesz musiał osobiście udać się na lotnisko. Zostaw samochód na parkingu. Ustaw się za osobami, które faktycznie latają. A potem, niezależnie od tego, co myślisz, i tak dostaniesz rachunek na dwadzieścia pięć dolarów za „płatność na lotnisku”.
Ironia tej sytuacji jest oczywista dla każdego, kto umie posługiwać się kalkulatorem.
Frontier nazywa ten obowiązkowy podatek za korzystanie z Internetu opłatą za wygodę. Do dwudziestu trzech dolarów za każdy odcinek lotu. Nie podlega zwrotowi. Nakłada się go na cenę biletu i miesza jak ketchup z burgerem. Nawet o tym nie myślisz, dopóki nie zobaczysz kwoty całkowitej i nie zaczniesz się zastanawiać, dlaczego przelot przez stan, mimo że będziesz w powietrzu tylko dwie godziny, kosztuje tyle.
Dlaczego to robią?
Arbitraż podatkowy. Oto nudne, korporacyjne określenie tego zjawiska. Rząd federalny nakłada 7,5% podatku akcyzowego na cenę biletów na loty krajowe. Ale nie w przypadku płatności windykacyjnych. Jeśli więc Frontier może nazwać te dwadzieścia trzy dolary „opłatą za wygodę”, a nie częścią ceny biletu, nie płaci od tej kwoty podatku. Każdy oszczędza pieniądze. Z wyjątkiem rządu. I z wyjątkiem pasażera, który ostatecznie płaci za całe to zamieszanie.
Aby zachować korzyści podatkowe, płatność musi być dobrowolna. Zgodnie z prawem musi być luka w przepisach. Dlatego Frontier wskazuje na swoje kasy biletowe na lotnisku. Zarezerwuj tutaj. Brak opłat internetowych.
Ale prawie nikt tego nie robi. Kto ma trzy dodatkowe godziny, żeby uniknąć podatku cyfrowego? Kasy biletowe na lotniskach są często obsługiwane przez wykonawców takich jak Menzies lub G2. Wygrywają przetargi ze względu na minimalny koszt. Jakość usług rzadko kiedy jest oddzielną linijką w szacunkach. Prawdopodobnie spotkasz pracownika, który nie wie, jak zarezerwować bilet na dwudziestoletnim komputerze, który powie Ci, abyś skorzystał z Internetu, lub który pobierze od Ciebie stałą opłatę za transakcję lotniskową w wysokości dwudziestu pięciu dolarów, gdy tylko usiądziesz na swoim miejscu.
Jeden pasażer złożył skargę do Departamentu Transportu (DOT). Frontier przyznał, że tak. Za zakup biletów przy stanowisku odprawy pobieramy opłatę.
To pułapka z płatną drogą po obu stronach.
To nie jest wypadek. Amerykańskie prawo lotnicze aktywnie zachęca do takiego zachowania. Ustawodawcy uwielbiają tweetować o „ukrytych liniach lotniczych”, po cichu pozostawiając nienaruszoną strukturę podatkową, która tworzy te ukryte opłaty. Nie chcą przyznać, że ich prawa stworzyły taką zachętę. Kongres jest wściekle oburzony. Ale to niczego nie zmienia. Opłaty nadal rosną.
Granica przed skarbem państwa nie jest zbyt czysta. Zasłynęli z zgromadzenia 5,4 miliona dolarów niezapłaconych podatków od bezpieczeństwa TSA. Nie było pasażerów lecących. Frontier zatrzymał pieniądze dla siebie. Rząd pozwał. Granica utracona.
Teraz za przywilej osobistej rezerwacji biletu pobierają dwadzieścia pięć dolarów, skutecznie blokując „dobrowolną” lukę, od której zależą ich własne ulgi podatkowe. Czy jest to oszustwo podatkowe? Zapowiedź pozwu zbiorowego? A może po prostu kolejna budżetowa podróż we wtorek?
Być może nie ma znaczenia, kto i ile płaci, najważniejsze jest to, że samolot wystartuje.
Ale bądźmy szczerzy. System jest uszkodzony. Rozróżnienie między ceną biletu a opłatą jest arbitralną linią, która pozwala liniom lotniczym na obejście przepisów podatkowych, podczas gdy pasażerowie płacą cenę za swoje akrobacje. Musimy położyć kres zróżnicowanemu opodatkowaniu. Nie dlatego, że bardzo troszczę się o zyski linii lotniczych, mimo że są one w dużym stopniu dotowane przez rząd. Ponieważ takie zniekształcenie rynku jest brzydkie. I drogie. I szczerze mówiąc, jest to męczące.


























