Kapitan lotu United Airlines daje pasażerowi 30 sekund na usunięcie antysemickiej nazwy Wi-Fi

Rozpoczęcie
Lot Newark – Miami. 16 maja. Pasażer podłączył urządzenie z nazwą sieci „Wolna Palestyna, F Syjoniści” (Wolna Palestyna, kurwa Syjoniści). Kapitan nie mrugnął. Ogłosił to przez zestaw głośnomówiący. Kwestia bezpieczeństwa. Samolot zostanie „odizolowany” (zatrzymany). Telefony podlegają weryfikacji.

Przyspieszmy zegar. 30 sekund. Usuń to. Wyłączyć. Lub spotkaj się z funkcjonariuszami organów ścigania przy wyjściu.

W salonie zapanowała cisza. Słychać było uderzenie igły o podłogę. Sieć zniknęła.

Czy to realne zagrożenie?
Kontrowersyjne wypowiedzi w zamkniętej aluminiowej tubie wywołują panikę. Celem nazwy jest bycie zauważonym. Być widzianym. Kiedy dajesz „F” (za obrazę) grupie ludzi, którzy mogą siedzieć trzy rzędy za tobą, przestaje to być opinią i staje się zagrożeniem. Nie było to słowo „bomba”, „schwytanie” czy „zabicie”. Te słowa mają jasne definicje w instrukcjach. Ale kontekst ma znaczenie.

Ludzie rzadko przedstawiają swoje prawdziwe plany. Terroryści nie rozpowszechniają swoich metod za pośrednictwem lokalnej sieci Wi-Fi. To nie jest strategia. To monolog filmowego złoczyńcy, podczas którego sam bohater zaciska pętlę na szyi. Zmniejsza to szanse na sukces. Dlaczego więc pilot zareagował tak mocno?

Nie chodziło o bombę. To była kwestia nieporządku. Ryzyko konfliktu. Jeśli połowa samolotu będzie uważana za cel, a druga połowa za uzasadnioną, może wybuchnąć walka. Na tym polega ryzyko bezpieczeństwa. Nie w samym sygnale. I w reakcjach ludzi.

Problem z definicją
Imię było antysemickie. Bądźmy szczerzy. Niektórzy twierdzą, że atakowanie „syjonistów” zamiast „Żydów” jest manewrem semantycznym. To jest błędne. To wrogie hasło. Odnosi się do tożsamości silnie krzyżującej się z narodem żydowskim. Wzywa do zniszczenia państwa, które jest schronieniem dla tych ludzi. To przemoc zakodowana w tekście.

Uprawnienia Kapitana
Kapitanowie mają władzę. Specyficzny. Mogą odmówić transportu, jeśli uważają, że bezpieczeństwo jest zagrożone. „Bezpieczeństwo” obejmuje zapobieganie chaosowi w kabinie. Decyzję podejmuje kapitan. Pilot ma niewielkie możliwości, aby jego decyzje zostały zakwestionowane lub poddane przeglądowi przez inne osoby, pod warunkiem, że nie działa w próżni ze względów rasowych lub religijnych. W tym przypadku? Zareagował na prowokację.

Kapitan ostrzegł, że w sprawę zaangażowane będą organy ścigania. Nie obiecał, że wyrzuci tę osobę w trakcie lotu. Powiedział: poczekaj, aż wylądujemy. Tutaj liczy się dyskrecja policji. Sprawdzanie telefonów? Może. Linia lotnicza nie ponosi odpowiedzialności za to, co stanie się po zamknięciu drzwi. Kapitan musiał po prostu powiedzieć prawdę. Nie ma również naruszenia Pierwszej Poprawki (wolność słowa). Prywatne firmy to nie rząd. Nie otrzymasz bezpłatnej ochrony przed mową tylko dlatego, że Twojemu prywatnemu szefowi (lub kapitanowi) nie podoba się Twoja koszulka. Lub Wi-Fi.

Żarty brzmią inaczej w powietrzu
Byliśmy już w takiej sytuacji.

W zeszłym roku pasażer lotu Austin–Charlotte nazwał swoją sieć „Mam bombę”. Wynik? Cztery godziny opóźnienia. Wysiadanie pasażerów. Ponowna kontrola bagażu. Policjanci na pokładzie.

Rok po 11 września pasażer samolotu Southwest nazwał swoje urządzenie „Southwest Bomb on Board”. Zmienił tytuł na „bomba na tym siedzeniu”. Dopiero gdy w końcu zmienił to na żart o tym, że stewardesa jest „gorąca”, wszyscy zdali sobie sprawę, że po prostu próbował być zabawny. To nie miało znaczenia. Stres był prawdziwy.

A potem był incydent z Samsungiem Galaxy Note 7. Linie lotnicze aktywnie pytały, czy ktoś ma tę baterię. Pewien facet nazwał swoją sieć na cześć eksplodującego telefonu. Chaos. Czysty chaos.

Zostaw to w domu

Wi-Fi w budynkach mieszkalnych jest pełne złych nazw. Condogirl? Spróbuj ATT2sXj6Fk. Lepiej pozostawić domyślną nazwę. To oszczędza energię.

Jeśli chcesz, zadzwoń do swojej sieci domowej Al Qaeda Sleeper Cell. Nikt nie sprawdza routera z chodnika. Ale samolot? Samolot to inna sprawa.

To jest zamknięta przestrzeń. Z nieznajomymi. I z pilotem, który chce po prostu wrócić do domu bez wypełniania formularzy federalnych.

Po co ściągać kłopoty na swoją głowę?